piątek, 10 lutego 2023

Opętanie, którego nie było.

Dziś będzie wpis edukacyjny. Będę wdzięczny jeśli każdy czytający dotrwa do końca 😌.

Kilka dni temu lokalne media w Nowym Tomyślu lekko zawrzały, a to z powodu filmu z interwencji policji w miejscowości Grubsko, który pojawił się w sieci. Na nagraniu kilkoro funkcjonariuszy próbuje wejść do domu w którym znajduje się agresywna młoda dziewczyna. O ile na samym nagraniu nie widać twarzy dziewczyny to i tak funkcjonariusz, który udostępnił je publicznie powinien ponieść konsekwencje z tego tytułu, bo nie miał do tego prawa, a internauci poruszeni nagraniem zrobili swoje i internet szybko poznał tożsamość dziewczyny (już nawiasem skomentuje tekst jednego z funkcjonariuszy z tego nagrania: "Ja zarabiam tylko 5000zł" 😂😂😂 - nikt cię nie zmuszał do pracy w policji, sam wybrałeś ścieżkę kariery). Czemu piszę o tym na blogu o zjawiskach paranormalnych? Bo wraz z wypłynięciem nagrania z marszu pojawiły się komentarze i plotki, że dziewczyna wraz z innymi osobami bawiła się sławetną tabliczką Ouija, a na miejscu był nawet egzorcysta. Nikt z komentujących jednak nie przedstawił dowodu potwierdzających wizyty jakiegokolwiek duchownego w tym miejscu, a także posiadania przez dziewczynę nawet prowizorycznie zrobionej tabliczki Ouija. W dodatku nawet polskie youtubowe kanały o tematyce dotyczącej zjawisk paranormalnych umieszczały nagranie w sieci - nawet kanał "Strasznie Ciekawe" mający prawie 600 tys. subskrypcji. Cóż, jak to się mówi: "Mleko się rozlało" i ciężko będzie uniknąć internetowego linczu jaki może spotkać dziewczynę i nie mówię tu by całkowicie wybielić ją z jakichkolwiek zarzutów jakie stawiają jej internauci, ale by uzmysłowić tym internetowym pseudoekspertom, że czasem warto się ugryźć w język zanim się coś napisze. Dlaczego tak sądzę? Z jednego powodu: dziewczynę policja przewiozła do szpitala na badania, ale została wypisana, gdyż nie stwierdzono w jej krwi ani alkoholu, ani narkotyków - i tu jedyna rzecz, która jest dla mnie w tej sprawie dziwna: jeśli dziewczyna doznała załamania nerwowego wskutek schorzeń typu depresja, czy borderline, lub afektywność dwubiegunowa to czemu nie zostawiono jej na obserwacji? Nie wiem, może lekarska rutyna była powodem olania sprawy? Może dla dobra dziewczyny takowa informacja została zatajona? Można gdybać. Oburzeni internauci jednak nie dawali za wygraną i to tym bardziej, że do internetowej dyskusji włączyła się sama "bohaterka" tej historii.


I tutaj dochodzimy do momentu historii, który szczerze mówiąc podniósł mi ciśnienie, ale po kolei.

 Można wnioskować śmiało, że dziewczyna jest z patologicznej rodziny, bo ku temu są spore przesłanki w postaci screenów z FB i mini śledztwa na temat rodzin dziewczyny i konkubenta, które przeprowadziła moja informatorka. W dodatku na drugim nagraniu udostępnionym w sieci konkubent dziewczyny nazywa ją w bardzo wulgarny sposób, a sam chłopak ma wpisane w rubryce facebookowej dotyczącej pracy "szlachta baluje, a nie pracuje". Abstrahując od tego wszystkiego zachowanie internautów przedstawione na screenie pokazuje ludzką niewiedzę o czymś takim jak choroby psychiczne, a nawet depresja oraz na temat skutków i przebiegu takich chorób.

Czy ktoś podczas załamania nerwowego i ataku paniki może się tak zachowywać? Owszem może.

Czy ktoś chory po takim napadzie szału może na drugi dzień funkcjonować zupełnie normalnie? Owszem może.

I niezależnie od tego z jakiej rodziny pochodzi dziewczyna to popularyzowanie takich prostackich opinii internetowych pseudoekspertów psychiatrii i psychologii jest niesamowicie szkodliwe. Oczywiście nie wykluczam, że zasłanianie się taką chorobą przez bohaterkę nie musi być prawdą, bo może być to jej na rękę w sytuacji kiedy jest matką dwójki dzieci i nie chce by opieka społeczna jej je odebrała - zawsze osoba chora może liczyć na większą pomoc niż zdrowa po odstawieniu takich akcji jak ta. Popatrzcie na screena poniżej:


Jeśli dziewczyna faktycznie jest chora - a, że tak nie jest żaden z tych internautów udowodnić nie potrafi - to zrównywanie agresji chorego człowieka do agresji pospolitego przestępcy i podciąganie jej pod taki sam wymiar kary to zwykła ludzka podłość i głupota. Jeśli ktoś jeszcze nie rozumie o co mi chodzi to już tłumaczę w skrócie: nie bronię dziewczyny, ale chce naświetlić ogólnospołeczny problem niezrozumienia chorób psychicznych, bagatelizowania tematu depresji i ogólnej niewiedzy społeczeństwa na te tematy. To co ci ludzie piszą w odpowiedzi do bohaterki tej afery pokazuje jak nie mają pojęcia o temacie takich chorób i utwierdzają innych w przekonaniu, że takie zjawiska jak choroby psychiczne trzeba radykalnie zwalczać, a nie leczyć. I jak ludzie z problemami psychicznymi mają szukać u kogokolwiek pomocy skoro społeczeństwo z góry uznaje ich za śmieci i przestępców, albo zupełnie neguje istnienie doskwierających im problemów? 

Z własnego doświadczenia powiem wam, że zrozumieć takich ludzi to niesamowicie ciężka sprawa. Sam jako osoba zmagająca się z depresją, która ma/miała bliskich zmagających się z poważniejszymi problemami nie jestem w stanie dostatecznie dobrze opisać zdrowym ludziom tego jakie ta choroba sieje spustoszenie w ludzkiej głowie i żeby to zrozumieć nie widzę innego wyjścia jak samemu zostać nią dotknięty - czego oczywiście nikomu nie życzę, nawet tym pseudoekspertom piszącym takie komentarze.

Przepraszam za tak nietypowy post na blogu o zjawiskach paranormalnych, ale jeśli choć kilka osób czytając to zmieni zdanie na temat "chorób duszy" to i tak będzie sukces, a każde miejsce w internecie jest dobre na rozmowę o problemach trapiących nasze społeczeństwo, a takim bez wątpienia jest brak zrozumienia dla depresji i innych chorób psychicznych.

środa, 8 lutego 2023

Bruk, czy nagrobek?

 W dzisiejszym wpisie skupię się nie tylko na historii o duchach, ale na dosyć nieznanym społeczeństwu procederze, a mianowicie na używaniu starych nagrobków... jako materiału budowlanego 😕.

Zanim przejdę do historii pani Kamili (imię celowo zmienione - jak zwykle z resztą 😊) to przytoczę kilka przykładów z artykułów umieszczonych na serwisach internetowych. Jako, że żyjemy w dosyć konserwatywnym społeczeństwie i dla wielu ludzi (szczególnie starszych) rzeczą nie do pomyślenia i wręcz niemoralną jest używanie płyty nagrobnej do czegokolwiek innego niż upamiętnienia zmarłych bliskich temat wydaje się być zbytnio nie nagłaśniany przez samych przedsiębiorców trudniących się budowlanką, by uniknąć ostracyzmu społecznego, ale jak to z mediami bywa kontrowersja jest mocno poczytna i co jakiś czas na taki, czy podobny temat można trafić w sieci. Dodam jeszcze, że artykuły na temat całego procederu podesłała mi moja "informatorka" (która bardzo sprawnie robi reaserch w praktycznie każdej dziedzinie 😄) za co jestem jej serdecznie wdzięczny. I właśnie tak paranormalna historia pani Kamili dotycząca przedszkola w Szczecinie zostanie wzbogacona przeze mnie artykułami opisującymi jak to w tym mieście używano nagrobków jako budulca. Na koniec mam jeszcze małą informację dla moich czytelników, ale najpierw zapraszam do czytania 😀.

 Oto pierwszy z artykułów (napisany przez Onet): Link.

Tu artykuł TVN24:Link

Następne artykuł z portalu Naszemiasto.pl, który opisuje takowy temat: Link, link.

Tu galeria zdjęć pani Karoliny Freino: Link.

Tutaj coś jeszcze ciekawszego - profil pana Łukasza, który zajmuje się ratowaniem takich reliktów, by nie spotkał ich podobny los: Link.

A tu historia pani Kamili, którą udostępniała w internecie:

"Pracuję w przedszkolu, w którym straszy od wielu lat. Murek, który znajduje się w pobliżu budynku jest zrobiony z kawałków płyt nagrobnych starego, zlikwidowanego cmentarza (jak się przyjrzeć, to widać na tych fragmentach daty i kawałki nazwisk), więc może tu jest przyczyna. Może też być gdzie indziej. Ponoć dawno temu na terenie przedszkola jakaś kobieta (pracownik) powiesiła się. Ale nikt nie chce o tym rozmawiać. W każdym razie dzieje się dużo dziwnych rzeczy. W ciągu dnia, gdy są dzieci i ogólny gwar to nic nie budzi podejrzeń. Ale gdy w przedszkolu robi się pusto i cicho, wtedy coś się uaktywnia. Słychać jakby ktoś biegał po górnym holu w tę i z powrotem. Trzaskają drzwi. Słychać jakby rozmawiały jakieś kobiety. Wielokrotnie byłam świadkiem różnych dziwnych zdarzeń. Raz na moich oczach ktoś gwałtownie otworzył drzwi od szatni personelu. Stałam naprzeciw i dosłownie widziałam gwałtowny ruch, aż klucze w drzwiach się kołysały. To coś staje się bardziej aktywne wiosną i późną jesienią. Ostatnio przyszła do nas nowa pracownica, która nic nie wiedziała o psotnym duchu. Była sama w zmywalni i usłyszała za plecami kroki. Ktoś jakby wszedł do pomieszczenia i spytał "jesteś?" damskim głosem. Odpowiedziała więc "tak, jestem" i odwróciła się, a tam nikogo nie było. Przyszła przerażona do mnie i zaczęła mi opowiadać, bo myślała, że ktoś sobie z niej zażartował. Ogólnie nikt nie chce zostawać w przedszkolu sam i wychodzić ostatni. Żadna z nas nie odważyłaby się tam wejść po zmroku, albo przenocować."

I dalsza część, którą wysłała mi messengerem:

"Tak, dodam jeszcze, że kiedyś byłam w sobotę w przedszkolu, bo musiałam wziąć dokumenty. Poszedł ze mną mąż. W pewnym momencie zostawiłam go samego w jednej z sal i poszłam do pomieszczenia kuchennego. Jak wróciłam to spytał mnie z kim rozmawiałam. On słyszał rozmowę dwóch kobiet i był przekonany, że to ja z kimś rozmawiałam. Ja nic nie słyszałam. On jest typowym sceptykiem, a jednak usłyszał.

Ta kobieta która się powiesiła była albo woźną albo księgową. Przedszkole powstało w 1980 roku. Wcześniej na miejscu budynku były działki. Murek był tam nieco wcześniej, zlikwidowano pobliski cmentarz niemiecki i zmieniono go w park. Co do tej kobiety to pracownicy, którzy znali sprawę odeszli już na emerytury. Ostatnia osoba, z którą rozmawiałam o tym odeszła na emeryturę w zeszłym roku. Nie chciała mówić co dokładnie się wydarzyło i dlaczego. Opowiedziała mi jeszcze o takim zdarzeniu, że raz, późnym wieczorem włączył się alarm i przyjechała ochrona. Drzwi przedszkola otworzyła im kobieta i powiedziała, że wszystko w porządku, że przyjechała bo musi coś porobić i niechcący włączyła alarm. Ochrona pojechała. Kilka dni później pan z ochrony rozmawiał z jedną z woźnych i opowiedział o sytuacji i było wielkie zdziwienie, bo nikt z pracowników nie przyznał się, że był wtedy w placówce. Opis kobiety natomiast pasował do tej zmarłej".

Co do informacji końcowej o której wspominałem - nawiązałem współpracę z dwójką nowych znajomych: Dawidem i Agnieszką, którzy zajmują się urbexem i zjawiskami paranormalnymi, więc w końcu moje wyjazdy w teren dojdą do skutku 😁. Oczekujcie relacji z naszych wypraw na moim blogu, a tu łapcie link do kanału Youtube prowadzonego przez Dawida, gdzie wideorelacje też się pojawią:



niedziela, 29 stycznia 2023

Droga przez las.

 Bardzo ciekawą historię opowiedział mi pan Kamil(imię celowo zmienione). Historia dotyczy jego rodzinnej miejscowości pod samymi Kielcami. Podał nawet dokładną lokalizację z pinezką na mapach Google 😀. Myślę, że jak wybiorę się do brata do Kielc to będziemy mieli co zwiedzać! Pan Kamil nawet obiecał zaprowadzić mnie dokładnie na leśną drogę, gdy tylko tam pojadę, a nawet zaprowadzi mnie do 92-letniego sąsiada, który też był świadkiem dziwnych zdarzeń na ów leśnej drodze, więc i dowiem się sporo na temat mieszkańców tej wsi i ich doświadczeń związanych z tamtym miejscem. Szykuje się więc owocna wyprawa, ale nie mówię jeszcze "hop", bo się skończy jak wyjazd do nawiedzonego domu w Miechowie 😂. Przejdźmy jednak do historii pana Kamila, który umieścił ją na jednym z facebookowych fanpejdży:

"Dodam od siebie taką sytuację. Z mojej wioski na drugą wieś na skróty prowadzi taka leśna droga, obecnie zniszczona przez masowe wycinki. Na drugim zakręcie zawsze stal krzyż, starsi pamiętający wojnę mówili, że zginął tam Ruski (Rosyjski żołnierz). Siedział na czołgu podczas jazdy i wpadł pod gąsienicę. Został tam zakopany.

Pierwsza sytuacja, którą opowiada mój 92 letni sąsiad: było to zaraz po wojnie i wracał z drugiej zamiany. Dochodząc do tego miejsca zobaczył parę, spojrzał się w bok a obok niego idzie piękny biały koń (była to letnia noc, pełnia księżyca). Mówił, że włosy mu się zjeżyły na głowie. Zdjął czapkę, schował pod pachę i się przeżegnał. Wtedy koń zniknął.

Drugi raz jechał wozem na 3 zmianę, dojeżdża do tego miejsca a tu słyszy jakieś głosy i jakby ktoś drzewo ciął. Koń się zatrzymał, stanął na 2 nogach i dalej nie poszedł, na nic szarpania itp. Dopiero jak zaczął się modlić to dźwięki ustały i koń poszedł dalej.

Znajomy też opowiadał, że wracał z kawalerki i w tamtym miejscu jakiś facet zapytał go czy nie ma czym podpalić papierosa. Rozejrzał się za zapałkami po kurtce i nagle ten gość zniknął. 

Sąsiadka opowiadała, że szła tamtędy nocą i zobaczyła jak koło tego krzyża klęczy kobieta w sukni ślubnej. Podeszła do niej zaniepokojona i chciała zapytać co Pani tu robi ale gdy się zbliżyła to postać zniknęła.

Opowiem wam swoje przeżycia z tym miejscem. 

1. Pojechaliśmy z kolegą motorami do lasu na przejażdżkę i dokładnie w tamtym miejscu zobaczyliśmy faceta idącego w naszą stronę, trzymał kij w ręku a obok niego szedł pies, który zaczął biec w naszą stronę. Uciekliśmy, poczekaliśmy chwilę na początku lasu ale oni nie wychodzili z lasu. Ponownie siedliśmy na motory i znów udaliśmy się w to miejsce, przejechaliśmy całą drogę i nie było po nich śladu. 

2. Pojechaliśmy z kolegami do lasu, było nas blisko 10 osób i stanęliśmy w tamtym miejscu. Gadamy, gadamy nagle słychać trzask pękających gałęzi, wszyscy odpalają motory i uciekają przerażeni. Powiedzieli, że idzie tu jakaś stara baba w porwanych ciuchach. Jak oni zaczęli uciekać w popłochu to i ja się wystraszyłem (mimo, że nikogo nie widziałem), wtedy motor nie chciał mi odpalić a trzask gałęzi słyszałem coraz bliżej siebie, odpaliłem motor na popych i także uciekłem. Ponoć z relacji kolegów ta kobieta wyglądała jakby ją spod ziemi wyciągnęli."

Zamieszczam zdjęcie leśnej drogi na tle motoru pana Kamila 😊.

P.S.

Byłbym zapomniał -w dodatku od pana Kamila dostałem również dokładną lokalizację, wręcz adres nawiedzonego domu w Piekoszowie także pod Kielcami!


poniedziałek, 23 stycznia 2023

Mapa nawiedzonych miejsc w województwie Świętokrzyskim.

 Mapa nawiedzonych miejsc w województwie Świętokrzyskim gotowa 😁.

Bądźcie wyrozumiali, bo jest naprawdę uboga w porównaniu do mapy Małopolski, gdyż nawet głębszy reaserch niewiele dał. Wiele z tych miejsc jest bardziej owiana zaledwie ludowymi legendami, niż doniesieniami żyjących obecnie miejscowych, ale cóż... więcej nie znalazłem 😅. Może z następnym województwem pójdzie lepiej 😊.


niedziela, 22 stycznia 2023

Szpital Zofiówka.

 Temat wydawałoby się oklepany już przez polskich youtuberów od zjawisk paranormalnych i ekip urbexowych, ale zdecydowałem się o nim napisać z tego względu, że trafiło do mnie krótkie nagranie od pani Joli (imię celowo zmienione), która do youtubowego światka nie należy. Zanim jednak do niego przejdziemy to po krótce przybliżę historię miejsca tym którzy o nim nie słyszeli:

Zbudowany w 1907 roku w Otwocku Zakład dla Nerwowo i Psychicznie Chorych Żydów powstał dzięki sprzedaży biżuterii Zofii Edelmanowej, stąd nazwa Zofiówka. W czasie likwidacji getta w Otwocku w 19 sierpnia 1942 roku Niemcy zamordowali tam 110-140 ludzi wliczając pacjentów nie wywiezionych do obozów i część personelu, która nie zdołała uciec. Kilku lekarzy popełniło samobójstwa, by nie wpaść w ręce Niemców.

Historia placówki i taka liczba ofiar wręcz rozbudza wyobraźnię miłośników historii o duchach, ale i okazałość gmachu ściąga zwykłych ciekawskich - takich właśnie jak pani Jola.

Pani Joli udało się uchwycić przerażający krzyk kobiety na nagraniu telefonem (5 sekunda nagrania) mimo, że w czasie kręcenia nie słyszała takiego dźwięku, była też świadkiem czegoś jeszcze, ale niestety nie uchwyciła tego w filmie. Oto jak pani Jola zrelacjonowała mi swoją wizytę w Zofiówce:

"Nie kojarzę, żeby ktoś tak krzyczał wtedy. Było trochę gimnazjalistów, ale ci głównie rozmawiali i śmiali się. A ten krzyk, mam wrażenie, jest rozdzierający. Mam duży szacunek do tego miejsca. Pacjenci z Zofiówki są pochowani na starym cmentarzu żydowskim. Tam też podobno odnotowuje się zjawiska, choć ja tam niczego nie zauważyłam. Jeszcze miałam jedną sytuację w piwnicy, ale niestety nie mam nagrania. Zeszłyśmy na dół, bez zamiaru chodzenia po podziemnych tunelach. Są tam 2 wejścia. Chciałam zrobić zdjęcie jednego z wejść do tuneli. Najpierw zaświeciłam latarką we wnętrzu jednego tunelu, żeby sprawdzić czy nikogo tam nie ma, bo było tam kompletnie ciemno. Poprosiłam, żeby towarzysząca mi osoba oświetliła latarką drugie wejście, żebym mogła zrobić zdjęcie. Ustawiam ostrość i słyszę w drugim tunelu kroki, jakby podbitych czymś twardym od spodu butów i przesuwanie cegły/kawałka betonu po podłodze. Oczywiście uciekłyśmy".

Czyżby zatem tajemniczy krzyk zarejestrowany na nagraniu należał do któregoś z tragicznie zmarłych pacjentów, lub lekarzy Zofiówki? Jestem niesamowicie ciekaw co udałoby się tam zarejestrować w nocy, skoro w dzień udało się nagrać tak wyraźne EVP.  

P.S.

Otrzymałem od pani Joli także kilka zdjęć wyżej wspomnianego cmentarza, które załączam razem z jej nagraniem.

                              Nagranie:



Zdjęcia:






niedziela, 8 stycznia 2023

Wyprawa do nawiedzonego domu i dalsze plany.

Nie mam sensownych wieści odnośnie ostatniej wyprawy w poszukiwaniu duchów, ale nie zrażajcie się, bo mam już plany na następne, które raczej wypalą😅. Przyszedł czas na opisanie wizyty w nawiedzonym domu w Miechowie... Wizyta się nie odbyła, ale na szybko zorganizowałem sobie spacer na cmentarz żydowski w moim miasteczku. a wyjazd się nie odbył gdyż samochód mający być środkiem transportowym się zepsuł. W dniu przyjazdu mojej kuzynki mieliśmy tam we 3 jechać z moim młodszym bratem, ale gdy tylko wyjechał z garażu samochodem zaczęło trząść i po kilku sekundach zaczynał gasnąć, więc nie wyjechaliśmy z osiedla. Stwierdziliśmy, że to wina mojego ojca, który tak się z nas i naszej "wyprawy" naśmiewał całe popołudnie, że tym biadoleniem rzucił urok na auto😂😂😂. Na cmentarz żydowski za to udałem się ze sprzętem pierwszy raz w nocy. Niestety dyktafon nic nie zarejestrował, spiritbox nie dał znać ani razu czujnikiem temperatur, że coś odbiera, a i czytnik fal elektromagnetycznych nic nie wskazywał, no może poza paroma prawie niewidocznymi mignięciami drugiej (na pięć) lampki na skali. Jedynym dziwnym zajściem było natychmiastowe rozładowanie się telefonu podczas nagrywania sesji mimo iż miał jeszcze 60% baterii. Po wyjściu z cmentarza żydowskiego skierowałem się wraz z kuzynką na cmentarz katolicki i tu jedynie koło grobu w którym był pogrzebany kilka dni temu nowy "lokator" (były jeszcze na nim wieńce pogrzebowe) lampki na czytniku fal elektromagnetycznych się zapaliły do maksymalnych wartości, ale to jedyny odczyt, bo nawet na grobie moich dziadków ani spiritbox, ani dyktafon nic nie zarejestrowały, a czytnik fal mignął tylko sekundę po wyłączeniu kamerki w telefonie 😂. Czyli mogę powiedzieć, że w zasadzie nie stało się nic (prócz rozładowania telefonu) co można by chociaż nazwać zbiegiem okoliczności. Następnego dnia wybrałem się z kuzynką na Wolę Justowską w Krakowie do nawiedzonego domu tylko po to by dowiedzieć się od pewnego starszego pana, że ów dom zburzono 2 lata temu - cóż, przynajmniej zweryfikowaliśmy jedną miejscówkę 😂. Wspomnę tylko, że ten dom zainteresował mnie, bo ponoć jego właściciel popełnił samobójstwo, a małżeństwo które go po nim nabyło dosyć szybko się stamtąd wyprowadziło. Powodem było samoczynne odpalenie się samochodu w garażu i przygniecenie jednego z małżonków do ściany. Później w domu otwierała się firma informatyczna i zakład jubilerski, ale też nie zagrzały tam długo miejsca. Jak głosi plotka śmiałek, który został tam na noc zasnął w jednym z pokoi, a obudził się na balkonie. Dom w Miechowie zamierzam kiedyś jeszcze odwiedzić, bo nie będę rezygnował tak szybko z moich planów, a jego historia jest także ciekawa - w 1978r. pewien mężczyzna zamordował tam 13-letniego chłopca, a jego poćwiartowane zwłoki pozakopywał w różnych miejscach na terenie posesji. Co ciekawego mimo wyroku dożywocia po wprowadzonej reformie wypuszczono go na wolność 😠.

Na szczęście mam dobre wieści: za 2 tygodnie wybieram się ze sprzętem w kierunku Kielc, gdyż mój drugi brat i jego dziewczyna tam właśnie mieszkający chcą się ze mną wybrać na zwiedzanie tamtejszych nawiedzonych miejsc. W związku z tym chcę w najbliższych dniach (może nawet już jutro) sporządzić kolejną mapę nawiedzonych miejsc, ale tym razem innego województwa - Świętokrzyskiego. Tak, że oczekujcie jej już lada dzień 😁.

A tu macie film pokazujący dom na Woli Justowskiej kiedy jeszcze nie był wyburzony 😊.

https://www.youtube.com/watch?v=bUY-ZSsAr6Q

piątek, 23 grudnia 2022

Przepowiednia Tęgoborska.

 Tęgoborze to wieś w powiecie nowosądeckim. Znajduje się tam pałac uważany przez niektórych za nawiedzony, choć obecnie jest w prywatnych rękach i zweryfikować to ciężko, bo jest niedostępny dla zwiedzających. Zapytacie jakaż to tragiczna historia kryje się za rzekomym nawiedzeniem pałacu? Zaskoczę was, ale nikt tu nikogo nie zamordował (mam nadzieję 😁), nikt nie dokonał egzekucji w czasie wojny, nikt nie zmarł z samotności pozostawiony ubogi i schorowany. Otóż pod koniec XIX w. właścicielem pałacu był hrabia Władysław Wielogłowski, którego pasją był spirytyzm. W piwnicach budynku ponoć była sala tortur, a we wnętrzu pałacu ogromne akwarium, oraz - i to nas interesuje najbardziej - specjalny pokój składający się z 8 komór, który na ścianach zdobiony był monetami i zastawiony różnymi rzeźbami. To tutaj właśnie odbywały się sensy spirytystyczne i na jednym z nich nieznane medium wypowiedziało następujące zdanie - medium przemówiło słowami bytu z którym się skontaktowało:

Trudno ludzkie ustalić losy, gdy zmienność warunków odmienia dziś to, co wczoraj trwałym było, a jutro istnieć przestaje…”

Po tych słowach nastąpiło wygłoszenie przepowiedni, którą hrabia skrupulatnie spisał i jak większość zapisków w swoich zeszytach pozostawił w swoim archiwum. Po śmierci hrabiego jego krewny odnalazł zapiski i przekazał je do Biblioteki Ossolińskich we Lwowie. Oficjalnie uznaje się, że pierwsza publikacja pojawiła się w 1939r. w Kurierze Codziennym zanim wybuchła wojna, choć według polskiego poety Czesława Miłosza, który zainteresował się przepowiednią opublikowano ją już we Lwowie w 1912r. Miłosz sugerował też czyj duch przemawiał przez medium wygłaszające ów proroctwo - jego zdaniem był to duch samego Adama Mickiewicza. Czemu? Do tego się nie dokopałem, choć może Miłosz stwierdził to po samym sposobie w jaki została wygłoszona i jak brzmiała, a była rymowanym utworem, który brzmiał rzeczywiście jakby wyszedł z pióra jakiegoś wieszcza. Oto słowa przepowiedni:

W dwa lat dziesiątki nastaną te pory,
Gdy z nieba ogień wytryśnie.
Spełnią się wtedy pieśni Wernyhory.
Świat cały krwią się zachłyśnie.

Polska powstanie ze świata pożogi,
Dwa orły padną rozbite,
Lecz długo jeszcze jej los jest złowrogi,
Marzenia ciągle niezbyte.

Gdy lat trzydzieści we łzach i rozterce
Trwać będą cierpienia ludu,
Na koniec przyjdzie jedno wielkie serce
I samo dokona cudu.

Gdy czarny orzeł znak krzyża splugawi,
Skrzydła rozłoży złowieszcze,
Dwa padną kraje, których nikt nie zbawi,
Siła przed prawem jest jeszcze.

Lecz czarny orzeł wejdzie na rozstaje;
Gdy oczy na wschód obróci,
Krzyżackie szerząc swoje obyczaje,
Z złamanym skrzydłem powróci.

Krzyż splugawiony razem z młotem padnie.
Zaborcom nic nie zostanie.
Mazurska ziemia Polsce znów przypadnie,
A w Gdańsku port nasz powstanie.

W ciężkich zmaganiach z butą Teutona
Świat morzem krwi się zrumieni.
Gdy północ wschodem będzie zagrożona
W poczwórną jedność się zmieni.

Lew na zachodzie nikczemnie zdradzony
Przez swego wyzwoleńca
Złączon z kogutem dla lewka obrony
Na tron wprowadzi młodzieńca.

Złamana siła mącicieli świata
Tym razem będzie na wieki.
Rękę wyciągnie brat do swego brata,
Wróg w kraj odejdzie daleki.

U wschodu słońca młot będzie złamany.
Pożarem step jest objęty.
Gdy orzeł z młotem zajmą cudze łany
Nad rzeką w pień jest wycięty.

Bitna Białoruś, bujne Zaporoże,
Pod polskie dążą sztandary.
Sięga nasz orzeł aż po Czarne Morze
Wracając na szlak swój prastary.

Witebsk, Odessa, Kijów i Czerkasy
To Europy bastiony,
A barbarzyńca aż po wieczne czasy
Do Azji ujdzie strwożony.

Warszawa środkiem ustali się świata,
Lecz Polski trzy są stolice.
Dalekie błota porzuci Azjata,
A smok odnowi swe lice.

Niedźwiedź upadnie po drugiej wyprawie.
Dunaj w przepychu znów tonie.
A kiedy pokój nastąpi w Warszawie,
Trzech królów napoi w nim konie.

Trzy rzeki świata dadzą trzy korony
Pomazańcowi z Krakowa,
Cztery na krańcach sojusznicze strony
Przysięgi złożą mu słowa.

Węgier z Polakiem, gdy połączą dłonie,
Trzy kraje razem z Rumunią.
Przy majestatu polskiego tronie
Wieczną połączą się unią.


A krymski Tatar, gdy dojdzie do rzeki,
Choć wiary swojej nie zmieni,
Polski potężnej uprosi opieki
I stanie się wierny tej ziemi.


Powstanie Polska od morza do morza.
Czekajcie na to pół wieku.
Chronić nas będzie zawsze Łaska Boża,
Więc cierp i módl się, człowieku.


Według interpretatorów treść przepowiedni, mówi ona między innymi o wybuchu drugiej wojny światowej, upadku Rosji i Niemiec, niemieckim pochodzie na wschód, odzyskaniu konkretnych ziem przez Polskę, a nawet o wyborze Jana Pawła II na papieża. Czy zatem to siły nadprzyrodzone są autorami tego wiersza? Jak można wyczytać, ze źródeł w tym samym czasie, gdy tekst przepowiedni pokazał się na łamach Kuriera Codziennego została wydana książka Marii Heleny Szprykówny w której także był zawarty. Czy to ona była autorką? Wziąć pod uwagę trzeba, że kobieta była prezesem Polskiego Towarzystwa Metapsychicznego i interesowała się ezoteryką, a treść przepowiedni pomimo pojawienia się jeszcze przed wybuchem II WŚ potwierdziła przyszłe wydarzenia jakie w czasie wojny miały miejsce. Czy więc można uwierzyć w wersję o pochodzeniu proroctwa od ducha przywołanego podczas seansu spirytystycznego, czy to przez Marię Szprykównę, czy przez Władysława Wielogłowskiego w pałacu w Tęgoborzy? Jeśli jednak to hrabia Wielogłowski był osobą, dzięki której świat poznał przepowiednię i biorąc pod uwagę, że to nie był jedyny seans jaki przeprowadził w pałacu to możemy śmiało założyć, iż obiekt może być faktycznie nawiedzony, bo czy podczas tych licznych seansów wszystko zawsze szło po myśli i na pewno każda zbłąkana dusza została przez uczestników tych obrzędów odesłana w zaświaty jak należy? Może w murach pałacu nadal przebywają byty, które sprowadził hrabia Władysław.




czwartek, 22 grudnia 2022

Miedziana bransoletka.

Dziś coś, co bardziej brzmi jak creepypasta, ale i tak dobrze się czyta. Wrzucone przez anonimową kobietę na jeden z fejsbukowych fanpejdżów:

"Chciałabym opowiedzieć Wam moją historię demonicznego dręczenia. Będąc racjonalistą i sceptykiem przez kilka lat odrzucałam wiarę w to, że takie rzeczy się zdarzają, a tym bardziej to, że demon może zadomowić się tuż obok mnie. Aż przyszedł przełomowy moment, gdzie około 2 miesiące temu coś zapukało mi do drzwi od kuchni w której siedziałam. Trzy razy głośno zastukało. Myślałam, że to moja córa. Powiedziałam proszę.  Nikt nie wszedł. Wstałam. Otwarłam drzwi a tam nikogo. To pukanie słyszałam często przez kilka lat. I nie raz poderwałam się otworzyć drzwi, za którymi nikogo nie było. Często słyszałam "mamo" i śmiech dziecka, kiedy to dziecko było poza domem. Wielokrotnie stukało coś w komodzie, ginęły rzeczy bezpowrotnie, bądź odnajdywały się irracjonalnych miejscach. Pękały szyby w obrazach, zabawki same się włączały pomimo braku baterii. Zaczęło się to ok. 5 lat temu od dziwnego drapania w panelach sufitowych, jakby ktoś drapał po nich ostrymi pazurami. Drapanie to zaczynało się jak tylko położyłam głowę na poduszce. Wtedy też do mojej sypialni wróciła kilkuletnia córka, która nagle zaczęła się bać kogoś kto stał w przedpokoju i na nią patrzył. Spałyśmy we dwie, a raczej próbowałyśmy spać, ponieważ to drapanie uniemożliwiało nam spokojnie się wyspaćBędąc racjonalistą, szukając logicznej przyczyny tego drapania, zgłosiłam administracji, aby sprawdzili kanały wentylacyjne. Sprawdzili, czysto, żadnych myszy, szczurów, ptaków. Byłam u sąsiadki, gdzie razem przesuwałyśmy meble i nic. Wtedy też po raz pierwszy ogarniał mnie paniczny strach. Spałyśmy przy lampce. Nawet w dzień sama bałam się być w domu. W drzwiach sypialni miałam wrażenie, że ktoś stoi i patrzy. A ja wcześniej nigdy się nie bałam. To był mój dom, mój azyl, moja ostoja. A nagle wpadałam w panikę, gdy pomyślałam tylko o zbliżającym się wieczorze i tym drapaniu. Raz gdy moja córa wróciła już do swojego pokoju znów przyszła do mojej sypialni z płaczem. Stała nade mną w białej koszuli, z włoskami na twarzy. Odprowadziłam ją do łóżka, usiadłam i zaczęłam uspokajać, żeby nie płakała. I kiedy na nią spojrzałam ona się obudziła i zapytała, dlaczego ją budzę i uspokajam, jak ona śpi. Nie była w białej koszuli, tylko piżamce.  Co pomyślałam? Kto u mnie był w takim razie? Później zrzuciłam to na karb zmęczenia i złego snu. Poszłam do kościoła, wzięłam święconą wodę, wysmarowałam wszystkie progi mieszkania. Wówczas drapanie ustało.  Nagle, jak nagle się pojawiło. Nawet przestałam bać się być sama w domu. Poznałam swojego obecnego partnera. Był spokój ok 2 lat. I po pewnym czasie znów to coś wróciło, inaczej. Z partnerem słyszeliśmy śmiech dziecka za drzwiami. Żarówki same zmieniały kolor, coś jakby stukało pieśnią w ścianę. Starszy przybrany syn ciągle powtarzał, że ten dom jest nawiedzony, bo ciągle go straszy, coś mu przemyka na przedpokoju. Moja córka przestała sypiać w nocy. Co noc musiałam do niej chodzić i kłaść się koło niej. Młodsza przybrana nie spała bo swędziało ją ciało. Widziała światełka "biegające" po ścianie i suficie. Ja za to biegałam z jednego pokoju do drugiego aby je uspokajać. Były noce, że ja spałam z jednym dzieckiem, partner z drugim.  Moja córka i mój partner, którzy szykując coś razem w kuchni usłyszeli jednocześnie jakieś sapanie do ich ucha. Coraz więcej pojawiało się tych dziwnych sytuacji, a ja przestałam bać się ciemności, tego, że rzeczy znikają, i pojawiają się w dziwnych miejscach, nie bałam się już pukania, otartych drzwi, które zamknęłam. Bałam się o Bliskich. W ciągu półtorej roku nagle pochowałam siostrę, tatę i mojego chrzestnego . Moja mama dowiedziała się, że ma ten sam nowotwór co mój chrzestny, córka okaz zdrowia zaczęła chorować.  W ciągu 2 lat umarło jeszcze 5 bliskich mi osób z rodziny poza siostrą, tatą i chrzestnym. Zaczęłam śnić, że utopiły się moje dwie córki . Ta rodzona, która często śni mi się, że tonie. I teraz ta przybrana. Woda porwała mi obie . I bałam się gdy słyszałam "mamo" jak woła mnie któraś z córek, a ich nie ma, albo już śpią.  Będąc sceptykiem i realistką, przeanalizowałam nawet ryzyko początku choroby psychicznej. Ale to co ja słyszałam i widziałam, słyszały i moje dzieci i mój partner. Gdy znów usłyszałam znikąd "mamo" w akcie desperacji wstawiłam swoją historię na jednej z takich stron. Odezwali się do mnie "medium". Miałam tylko zrobić przelew i będę oczyszczona... Z racji mojego sceptycyzmu, i tego, że nie wierzę w "uzdrowicieli", którzy oferują swoją pomoc za pieniądze, od razu chciałam usunąć swój post. Aż nagle ktoś napisał "Pomogę. Odezwij się do mnie". Usunęłam post i odezwałam się do tej osoby. Nie wiem dlaczego, ale coś kazało mi zaufać temu człowiekowi. Był to duchowny, który nie chciał ode mnie niczego, żadnych pieniędzy.  Był to ktoś, kto wykazał się ogromną cierpliwością w stosunku do mojej osoby, do tego, że podważam istnienie demonów i tego, że któryś z nich mnie nęka. Bo wierząc w Boga, nie wierzyłam w to, żeby demon mógł sięgnąć człowieka. Pomimo tego, co się działo, i tego, że nie można było znaleźć na to racjonalnego czy medycznego wytłumaczenia wciąż to wypierałam.  Nie ufając duchownym, temu uwierzyłam. Szukając przyczyn dręczenia demonicznego, przypomniałam sobie, że jako młoda dziewczyna chodziłam do wróżki, byłam u uzdrowiciela, jako dziecko byłam niewinnym świadkiem wywoływania duchów. Ale nie to było przyczyną. Przyczyną była zwykła miedziana bransoletka.  Dwadzieścia pięć lat temu, gdy miałam 20 lat zachorowałam i lekarze nie dawali mi zbyt dużych szans na przeżycie. Wtedy dała mi ją Mama. Dostała ją Ona kiedyś gdy była na Dalekim Wschodzie od pewnej kobiety. Była to bransoletka, która miała przywrócić zdrowie. Tylko, że ja nie wierzyłam w takie cuda. Wrzuciłam ją gdzieś na dno szafy, i walcząc o życie i zdrowie zapomniałam o niej na kilka lat. Aż do momentu, gdy dowiedziałam się, że moja ukochana siostra jest chora i umiera. Żaden z lekarzy nie dawał Jej szans. I wtedy ją założyłam. Dla siostry. I nosiłam ją przez kolejne lata, a moja siostra żyła wbrew medycynie. W międzyczasie urodziłam córkę, której nigdy urodzić nie miałam, że względu na moją chorobę i leczenie. Nie będąc praktykującym katolikiem, zawsze powtarzałam, że obydwie są dowodem na istnienie Boga i jego cudów.  Jedna miała umrzeć, druga się nie urodzićZ bransoletką nie rozstawałam się ani na chwilę, uzależniając od niej życie mojej Siostry. Do dzisiaj nie wiem, dlaczego myślałam, że jak ją zdejmę Ona umrze. Aż pewnego dnia, też nie wiedząc czemu, ją ściągnęłam i włożyłam do wazonu pełnego pamiątek. I wtedy po pewnym czasie zaczęło się to drapanie... Dzisiaj wiem, że nadając bransoletce cechy boskie, czyniąc ją moim amuletem, otworzyłam drzwi demonowi. Mój duchowny poprosił mnie o zdjęcie tej bransoletki. A ona zniknęła. Wraz z partnerem przeszukaliśmy cały dom. Wielokrotnie. Wyparowała jak kamfora. Moje rozmowy z duchownym trwały miesiąc. Ciągle odkładałam czas modlitwy o uwolnienie. Bałam się strasznie. Ale to nie był mój strach. Teraz też już to wiem. W dniu kiedy miał odbyć się egzorcyzm zmarł mój wujek. Zrezygnowałam. Dopiero twarda postawa mojego partnera sprawiła, że spotkałam się z duchownym. Nie będę opisywać szczegółowo tego co wówczas się działo. Powiem tylko, że jest to dalekie, czym karmią nas w filmach i opowieściach. Jest to czas modlitwy, gdzie można płakać i śmiać się, gdzie przychodzą Ci nie Twoje myśli i trzęsiesz się z niewyobrażalnego zimna. Ale wytrwałam. Tylko, że demon nie odszedł.  Ale zwrócił mi bransoletkę, którą znalazł mój partner tam, gdzie nigdy nie leżała.  W dniu pogrzebu Wujka zakopałam ją pod krzyżem na cmentarzu, chociaż krążyły mi myśli, żeby ją zachować. Wracając z pogrzebu złapał mnie strach i przerażenie. Myślałam, że się uduszę. Nie umiałam się modlić. To była zemsta, za to, że zakopałam amulet. Na drugi dzień znów usiadłam do modlitw o uwolnienie. I jestem wolna. Dlaczego Wam to piszę? Ponieważ warto uwierzyć.  Ja przez brak mojej wiary cierpiałam kilka lat. Wpadałam w coraz większy marazm, czarną psychiczną otchłań. Myślałam, że stoję u progu depresji, zapomniałam czym jest siła i uśmiech.  Ale odzyskałam swoją siłę i radość.  Znów patrzę na życie z optymizmem. Wierzę, że to zło już nie sięgnie mnie, ani moich bliskich. Znów jestem tą osobą, którą byłam.  Piszę wam to aby uchronić Was przed sięganiem po coś, czego nie rozumiemy, aby nie szukać pomocy tam, gdzie "leczą" za pieniądze. Nie sięgać do magii, która otwiera wrota złu. Nie nadawać rzeczom siły, której nie mają.  Bo tym sposobem możemy otworzyć drzwi złu, w które sami nie wierzymy. Ja tą siłę dałam bransoletce. Moja siostra żyła 16 lat z nowotworem. To zło być może pozwoliło Jej żyć, ale zapłaciłam i tak za to srogą cenę. Nagła śmierć siostry i to z innego powodu. Tata, który był okazem zdrowia i nagle odszedł. Wujek z którym dopiero rozmawiałam i zaraz potem jechałam na jego pogrzeb. Moje choroby, 9 operacji, gdzie lekarze wciąż nie wiedzą co tak fizycznie mnie niszczy. Moja córka cierpiąca z powodu bezsenność i nagle trawiona przez inne choroby. Mój kilkuletni smutek i apatia, które wręcz mnie pochłaniały. Ciągła walka o lepsze jutro. Teraz wiem, że to dług za moją wiarę w cudowną moc amuletu. Zaufałam duchownemu (I nie jest to nasz katolicki ksiądz, bo dla nich jestem skreślona z racji mojego związku bez ślubu), który jest wspaniałym, wyrozumiałym przyjacielem. I to on pokazał mi drogę, dzięki której znów jestem szczęśliwym człowiekiem."


Sny i zbiegi okoliczności.

 Nie będzie to wpis o "marach sennych", choć z uwagi na to o jakiej tematyce jest to blog temat zapewne kiedyś poruszę. Dzisiaj ch...